czwartek, 25 lipca 2013

23 lipca - autostopowy kryzys

Rano ok. 6 przebudziłem się jak ojciec szykował się do wyjazdu. Usłyszałem tylko: "Synu, jade. Powodzenia na trasie". Potrzebowałem jeszcze trochę snu, bo nie mogłem coś zasnąć w nocy, wstałem ok godziny 10. Zjadłem śniadanie i posiedziałem jeszcze z babcią. Punkt dwunasta ruszyłem na trasę. Dotarłem w pół godziny do wylotówki. Za nim złapałem stopa minęła godzina, trasa krótka, bo tylko 20km do Ostrowa Wielkopolskiego, ale blisko wylotówki. Na kolejne niecałe 20km musiałem poczekać gdzieś około półtorej do dwóch godzin. W Antoninie stałem bite dwie godziny. Po 31km dotarłem do Kępna gdzie dopadł mnie kryzys 2,5h czekania na stopa. Dobrze, że pojawił się inny autostopowicz, który doradził mi żebym przeszedł się kawałek za rondo za Baranowem, bo tam jest rozjazd na okoliczne wioski i większość własnie na te wioski jeździ. Postałem chwile i ruszyliśmy za owe rondo. Podczas drogi rozmawialiśmy o autostopowych przygodach. Jak to zdarzyło mu się utknąć w Berlinie itp. Dotarliśmy do celu gdzie po chwili zatrzymał się samochód. Kierowca jednak jechał dwie wioski dalej. Mnie to nic nie zbawiało więc zostałem a ów autostopowicz pojechał. Dalej zostałem sam. Godzina mijała. Otaczała mnie cisza. Co jakiś czas przelatywał obok mnie wiatr wydobywający się z kół przejeżdżających tirów. W miejscu którym stałem było za wąsko na postój tira, ale zatrzymała się osobówka. Kierowca pomógł mi dostać się 5km dalej do Słupi pod Kępnem, ale miejsce postojowe było już lepsze od poprzedniego, bo był to przystanek autobusowy. Słońce powoli zachodziło a w moich myślach krążyły postanowienia co dalej. Ujechałem 77km w przeciągu ok 7godzin. Do celu zostało jeszcze 152km. Wtorek 23 lipca był najgorszym dniem w całej podróży, a następnego dnia miał minąć mi miesiąc od rozpoczęcia. Kolejny samochód przejechał, ale po chwili usłyszałem pisk opon. Jest, mam kolejny transport, jadę dalej. Jak się okazało w samochodzie kierowca jechał przez Chorzów i to było moje zbawienie. Tak jak wcześniej mi się trasa ciągnęła, tak ten odcinek zleciał dość szybko. Rozmowy o przeszłości, teraźniejszości i planach na przyszłość. Chciało by się jechać dalej. Zrobiliśmy tylko małą przerwę w Tarnowskich Górach na zakupy w Tesco. Musiałem zakupić sobie mały posiłek, bo od śniadania nic nie jadłem i latarkę czołową, bo wcześniej jej nie miałem a odczuwałem jej potrzebę. W Bytomiu nawigacja trochę nas zboczyła z trasy, ale szybko nadrobiliśmy stracone kilometry. Cel, chociaż długo do niego jechałem został osiągnięty. 203km w czasie 10,5h.

Reggae na Piaskach

W sobotę 20 lipca około godziny 12.00 ruszyłem na wylotówkę z Chorzowa. Zmiana miejsca nic nie pomogła, bo stałem ok 2h. Z centrum Śląska jest ciężko się wydostać, więc podjęłam decyzje, że dostane się do Bytomia tramwajem. Gdy wyszedłem na trasę nie minęło pół godziny jak złapałem okazję gdzie dostałem się w okolice Nakła Śląskiego. Już mijałem te miasto wcześniej jadąc z Mrzygłodka do Głuchołaz. Musiałem dostać się na drugi koniec miasta. Przytrafiło mi się takie szczęście, że złapałem stopa bezpośrednio do Ostrowa Wielkopolskiego. Niestety czas leciał szybko i nie dotarłem na dwa pierwsze koncerty zespołów Gedeon Jerubbaal i Izral. Małe zakupy w sklepie i jeszcze kawałek na Szczygielniczkę - miejsce festiwalu. Pierwsze co zrobiłem, to zarejestrowałem się na polu namiotowym i poszedłem ochłodzić swoje ciało w zbiorniku wodnym. Dostawałem sms za sms-em od znajomego z którym wcześniej się umówiłem. W końcu spotkałem się z Lockym u którego dwa lata temu byłem na Festiwalu Pegazus, kiedy to zaczynałem swoją przygodę z podróżowaniem autostopowym. Kolejne legendy polskiego reggae dawały koncerty. Rokosz i Bakshish brzmiały inaczej niż ówczesne zespoły. Pod sceną były tłumy których nie zabrakło nawet na Vavamuffin. Zespół dał na tyle świetny koncert, że nawet Mr. Reggaenerator wpadł w tłum bujający się pod sceną. Ok godziny 4 zakończył się dzień pierwszy festiwalu. Niedzielne słońce przyciągnęło tłumy z miasta na piaski. Ciężko było znaleźć miejsce na rozłożenie ręcznika. Woda cieplutka i słońce przyjemnie prażyło. Ok 15. zostały otworzone bramy festiwalowego terenu, gdzie pod namiotem, który był zadaszeniem sceny można było się ochronić przed słońcem. Jednak nie na długo, bo w powietrzu robiło się parno. Trzeba było szukać jakiegoś cienia pod drzewem. Na scenie rozbrzmiewały młode talenty: Ayarise, Los Granders Rudeboys, Ferendzi, Yerlam i Roots Rockets. Ten ostatni zebrał największe uznanie publiczności w konkursie Młodych talentów imienia Ryszarda Sarbaka . Koncert zespołu Bez jahzgh, zeszłorocznego zwycięscy wywołał dużo energii. Długo im zajęło zakończenie koncertu. Tłum chciał więcej i więcej, ale kiedyś musiał nastać koniec. Po oficjalnym zakończeniu tłum się rozszedł. Cześć na pola namiotowe, cześć na plażę. Wybrałem drugą opcję, bo miałem ochotę na kolejną kąpiel w naturalnym zbiorniku. Na plaży niespodziewanie ktoś mnie nawoływał. Jak się okazało był to Qbafari i Khaes z dwójką znajomych, którzy mieszkający na codzień w Kaliszu zrobili sobie wycieczkę. Podczas rozmowy stwierdziłem, że zabiorę się z nimi, bo w Ostrowie nic się już nie działo. Szybkie pakowanie namiotu i siedzieliśmy w samochodzie, gdzie Khaes dowiózł nas bezpiecznie na miejsce i opuścił towarzystwo. Niedzielna noc i poniedziałkowe południe spędzone na lenistwie. W między czasie stwierdziłem że zawitam również do Ojca i Babci mieszkających na miejscu. Wykonałem telefon i umówiłem się z tatą na wieczór. Udało mi się go zastać bo na drugi dzień ruszał w trasę. Również tak jak ja jest pasjonatem turystyki jednakże rowerowej. W jego pokoju zaczyna braknąć miejsca na pamiątkowe odznaki z wypraw. Zaśmiał się, że jest jeszcze sporo miejsca na suficie. Nie widujemy się często, ale zawsze kiedy się spotkamy mamy dużo tematów do rozmowy związanych między innymi z podróżowaniem.

środa, 24 lipca 2013

Śląskie

We wtorek późnym wieczorem dotarłem na Śląsk, a dokładnie w okolice Katowic. W podróżach autostopowych często bywa tak, że trzeba część trasy podejść, a jeśli to możliwe podjechać komunikacją miejską. Tak zrobiłem korzystając z tramwajów śląskich wsiadając na katowickiej Załęży, by dostać się do Chorzowa. Na miejscu czekała na mnie Adriana, którą poznałem w Głuchołazach. Było już mocno po północy a sen już ciągnął do łóżka. W środę regenerowałem organizm po zatłoczonej Warszawie. Odpoczynek na działce w małym domku był mi potrzebny. Domek przypominał mi ten z moich marzeń. Pokój, przedsionek, korytarz, łazienka i nie mogło zabraknąć kuchni. Oaza spokoju z małym ogrodem przepełnionym kwiatami. Nie zabrakło krzewów owocowych na których rosły maliny, jagody, agrest. Zabrakło mi jednak warzyw. Jeśli kiedykolwiek posiadałbym taką działkę na pewno stałaby na niej szklarnia lub foliak. Po południu wybraliśmy się na spacer. Chorzowski deptak przez którego środek przejeżdżał tramwaj świecił kolorystyką starych kamienic. Ktoś gdzieś popijał kawę, małe dzieci biegały z lodami a w powietrzu unosił się zapach pizzy. Utkwił on na tyle, że wieczorem naszła mnie ochota na spaghetti, które wspólnie przygotowaliśmy z Adą. Czwartek 18 lipca spędziliśmy w Parku Śląskim na pograniczu Chorzowa i Katowic. Stadion w remoncie, jednak mnie bardziej ciągnęło na Promenadę Generała Józefa Ziętka, nad wodę. Dalej Aleją klonową nieopodal Cichego Zakątka na przeciw którego musieliśmy przysiąść bo moje nogi potrzebowały nabrać oczyszczenia z naturalnej wody. Nie chciało się odchodzić. Duży Krąg Taneczny, miejsce przepełnione fotografami i modelkami. Dalej w górę do Galerii Rzeźby Śląskiej gdzie przywitał nas pomnik Światowida. Słowiańskie korzenie są widoczne w naszym kraju i tak powinno pozostać. Rzeźby autorstwa rodowitych Ślązaków wypełniały idealnie przestrzeń nieopodal Alei Łani. Następnym celem była Leśniczówka przy której zatrzymaliśmy się na długo. Natrafiliśmy na Czwartkowy wieczór filmowy w Leśniczówce więc pozostaliśmy do zachodu Słońca. W drodze powrotnej chciałem jeszcze zobaczyć planetarium do którego doszliśmy Aleją Gwiazd. Drogę powrotną trochę przechodziliśmy przez aleje trochę przez leśne drogi gdzie w Ogrodzie Bylinowym mało co byśmy się nie zgubili, bo moja towarzyszka zapragnęła poruszać się według własnych doświadczeń a nie jak wskazywała mapa .Na szczęście moje rozeznanie na mapie wyprowadziło nas do wyjścia z parku. Co prawda nie zwiedziłem go całego ale na tyle, że mi wystarczyło. W piątek wraz ze znajomymi Ady wybraliśmy się na Nikiszowiec, starą dzielnice górniczą Katowic. Sophia zaangażowała nas w sesje zdjęciową do Mandali Dźwięku. Miałem okazje zaznać nauki gry na misach tybetańskich, które już fascynowały mnie od jakiegoś czasu. Po sesji przyszła pora na zwiedzanie Nikiszowca. Na ulicy Oswobodzenia zaszliśmy na teren Galerii "Szyb Wilsona" która niestety była już zamknięta dla zwiedzających. Zakończył się dzień 26 w podróży.

sobota, 20 lipca 2013

Stolica podbita

Spontaniczna decyzja o wypadzie do Warszawy padła dość szybko i szybko została zrealizowana. Trzymam się planu podróżowania cały czas na stopa. Jedynie w większych miastach korzystam z komunikacji miejskich. Znajome, które były ze stolicy wracały autobusem. Jednak jedną z nich udało mi się namówić na autostop. Z Dzidzią dostaliśmy się szybko na wylotówkę. Po niedługim czasie złapaliśmy panią, która wywiozła nas na jeszcze dalsze pogranicza Płocka. Tam postaliśmy chwilę po czym złapaliśmy stopa do samej Warszawy. Jak się okazało podczas rozmowy, kierowca od 15 lat z rodziną jeździ na Woodstock, więc rozmowa podczas drogi była ciekawa. Mieliśmy takie szczęście, że na miejscu byliśmy przed dziewczynami, które jechały autobusem. Zbliżał się wieczór, nikomu nic się nie chciało a przecież stolica czekała na podbicie. Jednak Dzidzia chciała przyjąć rolę przewodnika i nie dała się długo namawiać na wyjście. Bytowaliśmy na Choszczówce więc do Centrum trzeba było dojechać SKM'ką. Przesiadka na Metro i byliśmy w okolicach Ogrodu Saskiego na który się udaliśmy. Chwilę przystanęliśmy przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Krakowskie Przedmieście wyglądało nieco inaczej w nocy. Mało zatłoczone ulice, jednak Warszawa w nocy tętni życiem i widać pośpiech. Dom prezydenta, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, grająca ławka Chopin'a, Pomnik Mickiewicza i wreszcie Kolumna Zygmunta na Starym Mieście, na Placu Zamkowym nieopodal Zamku Królewskiego. Wszystko oświetlone miało swój urok. Myślę, że za dnia nie było by we mnie takiej fascynacji. Wcześniej nie planowałem tam zajeżdżać. Stare Uliczki nieopodal Hostelu Kanonia wydawały się być całkowicie z innej bajki. Wszystkie posiadały status zabytku. Syrena, która setki lat temu wyszła z Wisły, godnie broni miasta za uwolnienie jej z sideł kupca, który chciał niegdyś na niej zarobić. Dalej Barbakanem przy Pomniku Małego Powstańca z powrotem na Plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście. Na Swojej drodze po raz drugi spotkałem Mikołaja Kopernika, który stał przed Uniwersytetem nadanym jego imieniem. Nowy Świat, ulica Chmielna i wielki monument przy Marszałkowskiej. Pałac Kultury i Nauki przy Placu Defilad zakorzenił się na tyle w polskiej ziemi, że żaden głupiec jak bardzo chciałby, go nie zburzy. Między Dworcem Warszawy Centralnej a Złotymi Tarasami czekał na nas autobus linii miejskiej. 5h spaceru po wielkim mieście dała się we znaki na tyle, że z Dzidzią przysnęliśmy i obudził nas kierowca na ostatnim przystanku. Dobrze, że ten przystanek był naszym przystankiem. Na drugi dzień we wtorek 16lipca, przejechaliśmy przez Warszawę Wschodnią. Nie zawracałbym kontrafałdy że w Warszawie byłem, gdym na Saskiej Kępie nie chodził. Park Skaryszewski im. J. Paderewskiego i nowa ikona, która zastąpiła wielkie Targowisko czyli, Stadion Dziesięciolecia. W narodowym drzemie siła na starych korzeniach. Przy moście Księcia Józefa Poniatowskiego na plaży nad Wisłą przystanęliśmy na chwilę, by się pożegnać. Dzidzia okazała się dobrą przewodniczką za co jej dziękuje. Musiałem się cofnąć na tramwaj linii numer 7 by wyjechać na wylotówkę z Warszawy. Zajęło mi to godzinę czasu. Po dwóch godzinach zatrzymała mi się dziewczyna srebrnym samochodem, którego marki nie pamiętam. Iga, bo tak miała na imię, z Piotrkowa Trybunalskiego zaszczyciła mnie faktem pierwszego w jej życiu autostopowicza którego zabrała. Mały spacer trasą szybkiego ruchu po czym droga w towarzystwie Punk'owca i rozmów o muzyce, przeżyciach i podróżach, wprost na Śląsk.

wtorek, 16 lipca 2013

Reggaeland

Do domu w czwartek wpadem tylko na chwilę. Zajechałęm o 10 a wyjechałem o 16. W miedzy czasie przepakowalem plecak, najadłem się do syta i ruszyłem. Niestety dotarłem tylko do Autostrady A1 w okolicach Grudziadza, bo już zmęczenie z poprzednio nie przespanej nocy mi doskwierało. Wybralem pierwsze lepsze miejsce za ekranem wygłuszającym. Jak się rano okazało z pobudką pracownika autostrady przebywałem tam nielegalnie. Jednak był na tyle wyrozumiały, że pozwolił mi przeczekać, aż przetanie padać. Jednak deszcz nie ustawał. Spakowałem się, wziołęm namiot pod plandeką i poszedłem pod wiadukt by nie składać go w deszczu. W miedzy czasie pojawił się kolejny pracownik autostrady, któremu musiałem opowiedzieć sytuacje z poprzednim pracownikiem i czemu sie tu znalazłem. Po drodzę jeszcze spotkałem dwuch żółtych panów. Jak sie okazuje na terenie autostrad nie można łapać stopa, nawet na bramkach. Pojechałem inną trasę niż planowałem, ale w gruncie rzeczy w rytmach reggae dotarłem na teren festiwalu z innymi uczestnikami, którzy zatrzymali mi się w Sierpcu. Piątek był deszczowy i wszystko mi przemokło. Jednak atmosfera na koncertach była na tyle przyjemna, że nie zwracało się uwagi na deszcz, który siąpił przez cały wieczór. Koncerty: The Selecter z UK - dawka roots'u, rockstedy i ska, której brakowało mi od dawna. Gdy Max Romeo zaśpiewał cover Redemption Song, bardzo silnie odczułem obecność Bob'a Marley'a na scenie i przez chwile myślałem, że to na jego koncercie jestem. W końcu doczekałem się koncertu zespołu Jafia Namuel, który rozbujał tak atmsfere w powietrzu, że z nieba nie spadała kropla wody. Sobotnie koncertowanie zacząłem od Mesajah'a. Manolo potrafi rozbujać publike i dać naprawdę świetny koncert.
Włosi z Mellow Mood, którzy odwiedzili Polskę po raz drugi na brak ludzi pod sceną nie mogli narzekać. Po koncercie można było ich spotkać spacerujących swobodnie po terenie festiwalu. Największą gwiazdą, która ściągnąła największe tłumy był bez apelacyjnie Shaggy. Mnie jednak nie porywał do bujania. Nie gustuje w rytmach Dancehall'u więc postałem chwilę pod sceną i poszedłem na sound system. Pogoda w sobote była już o wiele lepsza ale niedziela całkowicie wypełniona została słońcem na tyle, że wszystkie mokre ciuchy powysychały a i ludzkie ciała się zaczerwieniły. Chociaż przyjechałem sam na brak towarzystwa nigdy nie narzekałem. Nowe znajomości i zaciśnianie więzi ze znajomymi z poprzednich festiwali. Festiwal pod względem organizacyjnym był dobrze rozplanowany jednak w niedziele ochrona zluzowała na tyle że ludzią poginęły namioty z całymi plecakami. W poniedziałek nie chciało się wyjeżdzać, ale zakorzeniać się w jednym miejscu nie warto, jeśli w drugim czekają większe doznania. Wspolna pizza z Dzidzią, Miśką i jeszcze kikoma znajomymi zaowocowała spontanicznym wypadem do Warszawy.

czwartek, 11 lipca 2013

Djemboree Głuchołazy



Spontaniczny wypad na Drum Djembore Festiwal do Głuchołaz był jak najbardziej udany. Co prawda jadąc trochę zabłądziłem w Tarnowskich Górach i wyjechałem tam gdzie nie trzeba, ale szybko nadrobiłem i dotarłem na teren festiwalu jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem. Trzy dni spędzone pośród miłośników bębnów i muzyki afrykańskiej. Kilka narodów zjednoczonych w jednym miejscu. Polacy, Czesi, Niemcy, Senegalczycy i Japończycy. Każdy znalazł wspólny temat do rozmowy. Trzy dni grania na bębnach do tego stopnia, że na rękach pojawiły się siniaki. Leśna muszla jest idealnym miejscem na teren festiwalu jak i okolica świeciła pięknością. Góry, rzeki, wodospady, źródełka. Wypełniony i naładowany energią wprost od Matki Natury. Na trzech dniach festiwalu się nie skończyło. Były jeszcze dni tak zwanego After party w gościnie u Organizatora dla nielicznych, którzy zostali dłużej. Wartościowe rozmowy z Braćmi z Czarnego Lądu. Mamadou, Ibou, Solomon. Szkoda było wyjeżdżać. Nawet udało się zahaczyć o Biskupią Kopę położoną na 890m.n.p.m gdzie moje nogi przekroczyły granice Czech. Na przerwę zjeżdżało się ciężko, raz szybko a raz z przestojem w nocy miedzy północą a godziną 3 w nocy gdzie dopiero kwadrans po 3 po ciepłej czekoladzie z Orlenu w Obornikach ruszyłem dalej. Trasę wspominam dobrze, bo zawiązały się nowe kontakty jak i moja kolekcja płyt winylowych się wzbogaciła o kilka sztuk. Tymczasem przepakowuje się i ruszam dalej w trasę, kierunek Płock -> Reggaeland!!! Za tydzień Ostrów Wielkopolski i Reggae na Piaskach - 30lat Reggae w Polsce.

 Od lewej: Ibou, ja, Mamadou.

 Rezerwat Przyrody "Cicha Dolina"

  
Leśne, przepyszne jagody.

Wieża widokowa na szczycie Biskupia Kopa 890m.n.p.m.

 Zdobywcy sczytu.
Od lewej. ja, Adrianna, Karina, Ewa i Wojtek.

 Ciepła czekolada na Stacji Orlen w Obornikach o 2 w nocy.

czwartek, 4 lipca 2013

Ogrodzieniec 16

Dzsiejszy dzień poświeciłem na zwiedzanie okolicy. Grzesiek rano zawózł mnie do Podzmacza w okolice Zamku Ogrodzieniec. Właściwie znajdują sie tam ruiny, ale całość umieszczona na skale wydaje się potężna. Wnętrza nie zwiedzałem gdyż było płatne, a mój budżet świeci pustkami. Jeszcze ten weeknd dam rade. Wracając do tematu. Zamek jak i okolica przepiękna. Skały, które wtapiały się w mury obronne dawały możliwość spojrzenia na otoczenie głebiej, a i wielbicieli wspinaczki nie zabrakło. Po całym przejrzeniu wszystkich możłiwych zakamarków ruszyłem na czerwony szlak około godziny 11.30. Częściowo zabłądziłe ale przy okazji napotkałem na Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej. Miejsce gdzie jedną ze ścian kaplicy jest skała. Wyszukując drogi wszedłem na upragniony szlak mojej pielgrzymki. Na pieszym kilometrze czekał Gród na Górze Birów. Średniowieczny skansen odtworzony z dokładnością, gdzie nawet manekiny były poprzebierane na wojów i nie zabarakło okolicnych wykopalisk. W zbiorze znajdowała się mała ciekawostka jaką był ząb rekina. Po rozmowie z panem przepodnikiem i zwiedzeniu grodu udałem się w trasę. Niestety na mojej drodzę ukazało się nielegalne wysypisko. Nad tym faktem ubolewam. Pierwszą miejscowością na 4,5km był Karlin. Mała wioseczka. Drugą wsią gdzie musiałem sobie zrobić przerwe na loda były Żerkowice. Szczęsliwy patyk z Big Bambi pozwilił na rozkoszowanie się dodatkowym Big Milkim. 7,5km w trasie, gdzie nawet napotkałem chętnego kierowce, który odziwo sam się zatrzymał z propozycją podwózki. Oczywiście zrezygnowałem, bo większość chciałem pokonać pieszo. Cały czas mijałem skały, uwagę przykół mi Okiennik Wielki. Dalej szlak był torchę cięższy, zarośnięty, czasmi gubiłem znaki. Nawet korzenie wystające z ziemi były problemem, gdy się o nie potykałem. Ubłaganie dotarłem do Ośrodka Morsko na 12kilometrze. Dłuższa przerwa w Parku Leśnym wśród dzikich zwierząt pozamykanych w klatkach. Kolejnym zamkiem na skale był "Bąkowiec". Obszedłem go wokół i poszedłem dalej w celu napotkania na wodopój, których brakowało na całej lini marszu. Ani kropli źródełka, tylko sklepy z chemicznymi napojami. Skały Morskie, Skały Podlesickie, cały czas gdzięs mijałem ściany skał. Gdy miałem już schodzić z czerwonego szlaku natrafiwłem na Sowią Skałę, w której znajdowała się jaskinia, ktorą ominć nie mogłem. Doszedłem do kryżówki dwuch szlaków, czerwonego z zielonym. Oznaczenia były ciężkie do rozpoznania, z daleka kolor wydawał się być niebieskim. Słońce świeciło mi teraz na twarz, nie tak jak w cześniej na plecy. Dzięki temu, że szedłem bez koszulki ledwo siedzę na fotelu. Zielony Szlak, krótki ale jeszcze piękniejszy. Pęknięta, Okiennik, Zegarowa, Basztowa, Wysoka i to przy samym szlaku gdzie miejscami ocierałem ramieniem o skałę. Miłośników wspinaczki nie brakowało. Nawet kilka obozów młodzieżowych było, trenujących te piękne hobby. Doszedłem do drogi w Rzędkowicach, gdzię stwierdziłem że pora zejść ze szlaku. Na zagarze była 18.20 jak pożegnałem się z laską, która towarzyszyła mi jako podpora przez całe 15km trasy. Niestety stopa tak łatwo nie było złapać. Musiałem udać się aż do Włodowic, dodatkowo robiąc kilometr po asfalcie. Z tamtąd w okolice Kopaniny, a zaraz do Mrzygłodu. Szybki zakup płynu i małej dawki energii i do domu gdzię na polu grzała się przez dzień cały woda w baniaku na przysznic.

PS. Cztery dni upłuneły mi bardzo miło, dzięki Grześkowi, który zaprosił mnie do siebie i udostępnił swój mały domek. Fajnie tu było, ale nic nie trwa wiecznie. Jutro ruszam na weekend do Głuchołaz na Drum Djembore Festiwal, nie jak wcześniej zakłądałem na Sławską Noc Reggae. Zdjęcia z pierwszych dwuch tygodni trippu wrzuce w okolicach 10lipca, jak dotrę na przerwę  do domu.

środa, 3 lipca 2013

Pierwsze 10dni w podróży

25czerwca:
Tymczasem pozdrawiam z Bydgoszczy. Mżawka zatrzymała mnie na odwiedziny u brata i jego rodzinki. Wczoraj z Darłowa jechałem 9h badając drogi. Prognoza przewiduje zatrzymanie opadów od 15 do 17 więc w tych godzinach zaczynam dalsze podróżowanie. Mam nadzieję, że dzisiaj dotrę do Łodzi i się gdzieś tam rozbije namiotem w suchym miejscu. Jak dotrę do Krakowa spisze szerszą relacje na bloga.

27czerwca:
We wtorek ze względu na pogodę wyjechałem po 15:00 z Bydgoszczy i dotarłem do Torunia. Rozkoszując się piernikiem w towarzystwie Kopernika zatrzymał mi się czas i zostałem w Apartamencie nad Wisła na noc. Środa minęła bardzo szybko gdzie w trzech tirach i dwóch busach dotarłem do Krakowa stojąc tylko na wylocie z Torunia. Dzisiaj zwiedzam miasto a wieczorem sound w klubie Awaria. Jeśli ktoś jest na miejscu zapraszam o 21:00. Jutro zaczynam weekend w Dolinie Będkowskiej.
 
3lipca:
W czwartek w Krakowie impreza nie wypaliła do końca. Zawiódł sprzęt lub raczej logika właścicieli klubu. Kto podłącza 500wat'owe głośniki do 100wat'owego powermiksera?? Jedynie ja z wszystkich selektorów zagrałem całego seta jednakże z problemami. Publika była na tyle zgrana zę gdy sprzet siadł i nic nie dało się zrobić, zebrała się w jednośc i przeniosła imprezę do innego klubu. Weekend spędzony w Dolinie Będkowskiej posród zdreadowanych głów i nie tylko. Urok miejsca i woda ze źródełka naładowała baterie życiowe. Po mimo opadów biba jak najbardziej udana. W niedziel z Michałem, którego poznałem w Dolinie wyruszyliśmy na Wrocław. Towarzysz podróży wracał do domu w okolice Wro. W czasie drogi okazało się kierowca który nas zabrał jechał do Wałbrzycha. Nie zastanowiając się długo postanowiłem się zabrać z nim i odwiedzić Szczawno Zdrój gdzie 13lat temu byłem na koloni. Miasteczko już nie wyglądało tak samo. Basen pod gołym niebem zarasta już roślinnością, za to otworzyli nowe centrum sportowo-rekreacyjne. "Szarlotka" w której bytowałem podczas koloni aktualnie jest w remoncie. Noc spędziłem na dzikiej polanie gdzie sarny się nawołuwały. W poniedziałek ruszyłem w kierunku Książa na zamek. Musiałem skorzystać z Busa, aby się dostać do celu ponieważ cieżko było złapać stopa. Tam odpoczynek, relaks i drugie śniadanie. Padły mi baterie akumultorowe w aparcie wiec dużo nie uwieczniłem. Książ jest lekko oddalony od trasy szybkiego ruchu gdzie nie było możliości złapania stopa. Musiałem dostać się 2km na piechote do Świebodzicy. Małe zakupy w Tesko i Biedronce w celu uzupełnienia energii i baterii do aparatu. Ze Świebodzicy dotarłem do Świdnicy. Tam złapałem stopa do Mirkowa w Okolicach Wrocławia przy wylotówce na Oleśnice. Trafiła mi się okazja nie do odtrzucenia. Kierowca z którym jechałem okazała się także podróżnikiem, który podrożował wcześniej po Ukrainie i to na stopa i to rowerem. Po fascynującej rozmowie zaprosił mnie do siebie, gdzie aktualnie przebywam. W poniedziałkowy wieczór miałem rewolucje żołądkową. Czymś się strółem, prawdopodobnie był to energy drink. Mrzygłodka, mała wioska oddalona 40km od Częstochowy. Wczoraj pomagałem Grześkowi w remoncie kuchni, dzisiaj chce nabrać trochę sił na dalsze podróżowanie. Na jutro mam w planach zwiedzenie okolicy na terenach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W piątek z rana planuje już udać się w kierunku Leszna by w sobote być na Sławskiej Nocy Reggae w Sławie. Niestety prędkość internetu z którego korzystam nie pozwala mi na wrzucenie zdjęć. Być może uda mi się coś w drodze znaleźć. Jeśłi nie zdjęcia wrzuce dopiero w okolicach 9lipca, kiedy to będę na małą przerwę w domu. jak wynika z opisu plan pdoróży na etapy nie sprawdza się. Dużo jest spontaniczności. Wędruje tam gdzie mnie wywiozą, a daje to jeszcze więcej kolorów mojej podróży.